Góra

Góra

Mieszkaliśmy w bloku. Blok był wschodni, szary i ponury, ale nie mieliśmy o tym pojęcia, bo w pobliżu nie było żadnego weselszego dla porównania. Przed blokiem rozciągał się stary poniemiecki cmentarz, który też nie był wesoły, ale przyzwyczailiśmy się do niego i nie robił na nas wrażenia. Za cmentarzem królowała stroma góra, a na jej szczycie stał przystanek. Przystanek wyznaczał granicę naszego świata. Lądowali tam osiedlowi Odyseusze o proletariackim rodowodzie, którzy próbowali przeprawić się na zachód. Ale kto chciał wyruszyć w tę daleką i niebezpieczną podróż, musiał najpierw zdobyć Górę.

Góra była dla nas czymś więcej niż tylko malowniczym elementem osiedlowego pejzażu – była zagadkowym totemem, tajemniczym bożkiem, pramatką gór pełną sprzeczności i paradoksów. Uczestniczyliśmy we wszystkich jej przemianach – widzieliśmy, jak zakwita i jak pokrywa się lodową skorupą, jak pluje błotem i jak paruje po burzy. Wiedzieliśmy, że potrafi być dobra i okrutna, złośliwa i czuła. Znaliśmy ją na wylot, ale ciągle musieliśmy ją zdobywać. Nazywaliśmy ją „naszą górą”, ale nikt nie miał wątpliwości, że góra należy wyłącznie do samej siebie. Kochaliśmy ją i nienawidziliśmy. Kochaliśmy, kiedy zamieniała się w narciarski stok i umilała nam zimowe, przedwcześnie starzejące się popołudnia, nienawidziliśmy, kiedy biegliśmy na przystanek, a ona stawiała nam opór i bezlitośnie ściągała w dół. Góra nie chciała, żebyśmy opuszczali granice jej świata, nie lubiła prychających autobusów, które tak brutalnie wdzierały się w jej przestrzeń, a potem jak gdyby nigdy nic odpływały, jak ogromne okręty, uprowadzając ubezwłasnowolniony lud do rozrywkowego centrum, pełnego niebezpiecznych nimf Kalipso. Góra bała się Kalipso jak żona kochanki i drżała na myśl o tym, że osiedlowy Odyseusz nie wróci do szarej Itaki. Zupełnie niepotrzebnie. Do Pragóry zawsze się wraca, bez względu na to, jak piękne będą wszystkie późniejsze góry.

Moja pierwsza samodzielna wyprawa autobusem to było wielkie przeżycie. Najpierw zaryzykowałam jazdę próbną – jeden bezpieczny przystanek. Potem wycieczkę dla zaawansowanych – ryzykowny, ale triumfalny wjazd do centrum. Czułam, że świat stoi przede mną otworem, że jego nieskończone bogactwo jest w zasięgu ręki, że mogę w dowolnej chwili wejść do najlepiej zaopatrzonego sklepu Społem i kupić tam pudrowe cukierki, których brakuje w innych bratnich sklepach, albo do Peweksu, by zaciągnąć się zapachem dobrobytu; że mogę przejechać się windą na nowym osiedlu Armii Czerwonej, usiąść pod monumentalnym pomnikiem Obrońców Stalingradu, maszerować po betonowych płytach i kontemplować nieskomplikowany rytm socjalistycznej architektury. Byłam kimś! Byłam panią samej siebie!

Góra obserwowała nas uważnie i codziennie przeliczała. Pamiętała kto, kiedy i na jak długo wyjechał. Marszczyła wysokie czoło i czekała na odwet, czyli zimę.

Zimą, skuta lodem, pochyła, zamieniała się w ruchomą taśmę, przesuwająca się w kierunku odwrotnym do kierunku marszu. Nerwowa szarpanina utrudniała zdobycie szczytu, na którym stał przystanek, płuca rozrywało mroźne powietrze, nogi opanowywała rozpaczliwa pląsawica, ludzie się przewracali, autobusy uciekały, Góra triumfowała.

Góra przeczyła swojej doktrynie – piętrzyła się ku niebu, gloryfikując system, i jednocześnie obniżała normę, utrudniając lokalnym proletariuszom dotarcie do pobliskiej fabryki żarówek (dwa bezpieczne przystanki). Ale i proletariat nie był wolny od sprzeczności. Wyrabiał normę ku chwale systemu, lecz gdy spóźniał się do fabryki, to nie nad normą bolał, ale nad tym, co zdarzyło się wcześniej – nad komiczną wywrotką na oczach połowy osiedla. Był to dramat upadłej jednostki wobec trzymającej się w pionie zbiorowości. Pozostawało liczyć na to, że jak najszybciej nadarzy się możliwość przekazania palmy pierwszeństwa komuś innemu, komuś, kto wygrzmoci się jeszcze porządniej.

Oczywiście można było przechytrzyć górę. Wystarczyło wyjść wcześniej z domu i drobiąc metodycznie po oblodzonej powierzchni, zdobyć ją tym właśnie, mrówczym sposobem. Ale w przypadku mojej rodziny, wcześniejsze wyjście z domu było czymś nieosiągalnym, ponieważ mieszkaliśmy na ostatnim piętrze (bez windy), a o wszystkich ważnych rzeczach przypominało nam się zawsze na parterze. Dlatego zmuszeni byliśmy zdobywać górę w biegu. Mama biegała nieźle, bo w młodości uprawiała bieg przez płotki, ale wtedy nosiła sportowe obuwie. Odkąd zamieniła się w kobietę wytworną (własne A4 na nowo wybudowanym osiedlu), biegała wyłącznie w szpilkach. Tata nie biegał, ponieważ mieszkał w małej wiosce na skraju lasu, gdzie nie było Góry. Tam rządziły zupełnie inne prawa.

W małej wiosce na skraju lasu tata budował dom naszych marzeń – dom narodowy i wolny. Jeździliśmy do niego na weekendy i spędzaliśmy z nim wakacje. On odwiedzał nas w tygodniu, ale zawsze w pośpiechu. Dlatego nie miał pojęcia, czym jest Góra. A my nawet nie próbowaliśmy mu tego tłumaczyć. Co tu było do tłumaczenia? Z Górą albo żyło się na co dzień, albo nie było o czym mówić…

Picture: Joanna Karpowicz, ANUBIS AND KIDS FROM THE BLOCK from amazing Joanna Karpowicz’ ANUBIS series

Żanuaria

Żanuaria

– No dobrze, ale gdzie jest nasz dom? – zapytałam Rzymianina.

– Chodź. – Rzymianin wziął mnie za rękę i poprowadził polną drogą.

Z obu stron rozciągały się zielone pola. Na polach pasły się brazylijskie krowy o prehistorycznej urodzie, a wokół nich latały śnieżnobiałe czaple. Pachniało jak w kwiaciarni.

– Co tak pachnie?

– Dzikie lilie.

– Zerwiesz mi jedną?

– Zerwę, ale uważaj, bo są halucynogenne.

– Skąd wiesz?

– Tak mówią Indianie.

– Skąd ich znasz?

– Mieszkają w górach, o tam.

Szliśmy bardzo długo. Słońce poczerwieniało, a ptaki ucichły. Wreszcie wynurzył się pierwszy dom. A raczej chata. Przed chatą siedziała gruba Murzynka w różowym kapeluszu, który przykrywał jej tylko czubek głowy. Wystrojona była w długą czerwoną sukienkę w grochy i pomarańczowy fartuszek. Była jak wielka kolorowa papuga. Murzynka siedziała na skrzynce po bananach, z dłońmi elegancko złożonymi na podołku, wyprostowana i majestatyczna, jakby pozowała do zdjęcia. Ale w pobliżu nie było żadnego fotografa. Kotłowało się natomiast od domowej zwierzyny – kaczki z kaczętami pluskały się w wielkiej balii, świnie z prosiętami tarzały w błocie, koty z kociętami mościły na przyzbie, kury z kurczakami dziobały coś pod płotem, a psy ze szczeniętami ganiały wokół wielkiej araukarii. Na podwórku walały się podarte kartony, połamane krzesła, powyginane rowery, dziurawe opony, wiadra bez dna, plastikowe rury, deski, butelki, puszki, cegły i skrzynki. To była prawdziwa murzyńska chata.

– Nareszcie jesteście – powiedział Murzynka i uśmiechnęła się szeroko. Brakowało jej przednich zębów, ale za to wszystkie pozostałe były śnieżnobiałe. – Mam dwie nowiny – oznajmiła uroczyście. – Pierwsza to taka, że lato w tym roku będzie deszczowe, bo kleszczojady nie chcą jeść żab. A druga, że Paiol nie wrócił na noc.

– Może wyjechał – zasugerował Rzymianin.

– Paiol nigdy nie wyjeżdża – powiedziała stanowczo Murzynka.

– To może zatrzymał się w miasteczku u przyjaciół.

– Paiol przyjaźni się tylko z Biboszem. A Bibosz mieszka obok. Ale czy wy nie jesteście czasem głodni?

– Nie, dziękujemy, jedliśmy na plaży.

– A, to szkoda, bo moglibyście zjeść z nami – powiedziała, podnosząc się ze skrzynki. Wszystkie zwierzęta natychmiast znalazły się przy niej. Ukłoniła się dostojnie i ruszyła w stronę domu. A za nią cały orszak: kaczki z kaczętami, kury z kurczakami, świnie z prosiętami, psy ze szczeniętami i koty z kociętami.

– Ona mieszka razem z całym tym zwierzyńcem? To przecież jakaś wariatka!

– Nie, to Januaria de Santos, bogata ziemianka.

Rzymianinie, gdzieś ty mnie przywlókł?! Czy to wszystko dzieje się naprawdę?! A może to ta halucynogenna lilia? Czy my też będziemy mieszkać jak bogaci brazylijscy ziemianie? Chcę do Europy, do kawy Lavazzy, proszku Ariel i czekolady Lindt!

– Kocie, nie panikuj, zobacz, jak tu pięknie.

Było pięknie. Przepięknie. Ale co z tego! Chciałam do domu, chciałam położyć się w czystym, wygodnym łóżku, nakryć miękką, pachnącą płynem Coccolino kołdrą i zasnąć.

Picture: Eliza Piotrowska

Rzym

Rzym

Rzym przygarnął mnie jak kapitolińska wilczyca – bez pytań i rasowych uprzedzeń. Na początku odsypiałam siedem polskich lat. Potem zaczęłam rozglądać się dookoła, ale powoli, bez pośpiechu. Rzym mnie nie popędzał. Wygrzewał się w słońcu jak kot i czekał. Mieliśmy dla siebie czas. Nasze dolce far niente nikomu nie przeszkadzało, nikogo nie drażniło, nikogo nie obrażało.

Nikogo oprócz Polski. Bo Polska przyjechała do Włoch ze mną i dość szybko zaczęła wjeżdżać mi na ambicję.

– Dziewczyno, weź się wreszcie za siebie! Jesteś historykiem sztuki! – powinnaś siedzieć w katakumbach, a nie na ukwieconym tarasie! Wiesz, w którym roku był bitwa pod Kannami? Umiesz wymienić wszystkich Męczenników Stolicy Apostolskiej? Pamiętasz, w jakich rzymskich kościołach wisi Caravaggio? No właśnie…

Polska wiedziała, jak mnie podejść.

– No dobrze, już dobrze. Związuję włosy w ciasny warkocz i idę w miasto z gęsim piórem.

– Co takiego? Chcesz mnie zamkąć w scholastycznym kajecie?! – oburzył się Rzym.

– Chcę cię lepiej poznać – recytowałam.

– Miasta poznaje się jak ludzi – przez skórę – tłumaczył Rzym.

– Ale co będzie, jak dostanę dwóję? Co powie papa? Co powiedzą wuj Hipolit i ciocia Lila?

Rzym spojrzał na mnie swoim wszechwiedzącym okiem. Czułam, że przejrzał mnie na wylot.

– Jeśli chcesz, to proszę bardzo…

I tak zaczęła się nasza polka. Ledwo zadatowałam jeden historyczny obiekt, już wyrastał przede mną drugi! Ledwo namierzyłam jakiś interesujący fronton, już wynurzał się następny – jeszcze ciekawszy! Byłam wykończona, ale nie poddawałam się. Ocierałam pot z czoła, przerzucałam warkocz przez ramię i szłam dalej. Cóż z tego, kiedy na każdym kroku napadało na mnie kolejne przełomowe dzieło sztuki, kiedy zewsząd osaczały mnie rzeźby, obeliski, schody, fontanny, wieże i kopuły, a Rzym… Rzym coraz bardziej znikał z pola widzenia.

– Nigdy mnie nie dogonisz! – triumfowało Wieczne Miasto.

Byłam w intelektualnej rozpaczy.

– Polsko, czy ty tego nie widzisz? Czy nie widzisz, że wszyscy jesteśmy tylko owadem wielkiego bursztynu historii? Polsko Świtezianek i Zbłąkanych Dusz, czy nie widzisz, że moje próby rozbicia bursztynu to mędrca szkiełko i oko?

Polska przez chwilę przetrawiała swoją rozumowo-uczuciową dwoistość. Wreszcie powiedziała:

– No dobrze, ale obiecaj, że zapiszesz się na uniwersytet.

– Tylko się nie spinaj – doradzał Rzym. – Nauka to przygoda. Baw się. I odkrywaj.

– Uniwersytet to przyszłość kraju i wiara w lepsze jutro – prostowała Polska. – To zobowiązanie, które wymaga poświęcenia, to trud i żmudna praca, to segregowanie przeszłości i nadawanie jej nowych sensów.

Rzym brał mnie na stronę: – Moja mała, nie daj się zastraszyć… Wiesz, dlaczego nazywają mnie Wiecznym Miastem? Ponieważ nie przygniotła mnie przeszłość. Żyj tym, co przynosi ci dzień. Lecz swoje poranione serce i ciesz się ze wszystkiego. La vita è bella!

– Zawsze było dla mnie jasne, że anemiczni i zasmarkani romantycy nie płuca leczyli we Włoszech, a serca – uzupełniał mój ojciec.

Picture: Eliza Piotrowska

Antymateria

Antymateria

Kiedy ojciec Rzymianina zaczął podupadać na zdrowiu, zamieszkał z nami na wsi. Przyjechał z jedną tylko walizką, w której znajdowało się zdjęcie żony w srebrnej ramce oraz całodobowy uniform w postaci błękitnego szlafroka. To mu wystarczało. Coraz mniej interesował się światem materii, coraz bardziej oddalał się od przedmiotów. Próbowaliśmy go reanimować i na powrót ściągnąć na ziemię, ale opierał się. Kupowaliśmy mu drogie homary, czarne i białe trufle, białe i czerwone wina, ale to też była tylko materia. Co prawda ojciec jadł, pił, czasem nawet i pochwalił, ale jakby przez roztargnienie, z przyzwyczajenia. Nie było go w tym, co robił. Asystował nam z grzeczności i cały czas myślał tylko o tym, jak się wymknąć.

Człowiek szykujący się do odejścia nie jest sam. Krążą wokół niego skrzydlate anioły i dusze tych, którzy są już po drugiej stronie. Żyje w dwóch równoległych światach – dziennym, z którym coraz mniej go łączy, i nocnym, z którym tworzy nowe więzi. Dla nas świat dzienny to materia – wszystko to, co JEST: krzesło, stół, okno, książka; świat nocny to antymateria – wszystko to, czego NIE MA: krzesła, stoły, okna i książki, które tylko udają, że są krzesłami, stołami, oknami i książkami (udają w snach, wizjach i różnych przywidzeniach). Ale dla człowieka, który odchodzi, jest na odwrót – to świat dzienny udaje, a świat nocny istnieje naprawdę.
Ojciec Rzymianina przeprowadził się do nas z jedną tylko walizką. Ale nie przeprowadził się sam. Razem z nim przeprowadziły się niewidzialne anioły, zagubione, stęsknione dusze oraz całe skupiska nieprzewidywalnej antymaterii. Anioły były silne, dusze przestronne, a antymateria okazała się silniejsza od materii.

Królestwem materii był dzień, a antymaterii noc. Dzień biegł ustalonym rytmem, trochę na pamięć, ale trzymając się stałych parametrów. Nie było niespodzianek. Materia jest przewidywalna. Ale kiedy zapadała noc, nasz spokojny domek na skraju lasu zamieniał się w Dom Duchów. Najpierw przychodziła ukochana żona. Potem dziadkowie, rodzice i siostra z mężem. Ojciec Rzymianina prosił ich wszystkich do stołu. Były ostrygi, kraby, ośmiornice i białe wino. Był tort bezowy, panna cotta, limoncello i grappa. Były tańce i śpiewy. Wracała radość życia, smaki, zapachy i kolory. Teraz ostrygi, kraby i wina były nareszcie prawdziwe!

– Tato, co tu się dzieje?! – pytał półprzytomny Rzymianin.

Był środek nocy, a jego ojciec śpiewał neapolitańskie pieśni.

– No, nareszcie jesteś! – cieszył się. – Siadaj do stołu! Mama zrobiła twój ulubiony tort bezowy!
– Tato, wracaj do łóżka…
– Do łóżka? – dziwił się ojciec. – A z jakiego powodu?
– Chcemy spać! Jest trzecia w nocy!
– Ach spać… Ach trzecia w nocy… W takim razie coś mi się przyśniło – mówił skruszony ojciec i wracał do swojego pokoju.
Niestety nie mijało pół godziny, a świat antymaterii ożywał na nowo i bankiet wznawiano.

Byliśmy wyczerpani. Nie spaliśmy już dwa miesiące, ledwo powłóczyliśmy nogami… Nie wiedzieliśmy, jak pokonać antymaterię. Teoretycznie sprawa była prosta – wszechświat dąży do równowagi, dlatego w myśl tej symetrycznej zasady powinno być w nim tyle samo materii, co antymaterii. Nic z tego. Antymateria kpi sobie z symetrii i kumuluje się przypadkowo i nieprzewidywalnie w różnych miejscach i ilościach. Mieliśmy wrażenie, że u nas znajdowało się jej epicentrum. Byliśmy w potrzasku – nie starczało nam już materii, żeby wyrównać ładunki.

Czy świat ojca istniał naprawdę? Tak, obok naszego – coraz mniej realnego, coraz bardziej ustępującego światu duchów i nocnych bankietów. Teraźniejszość nie wytrzymywała pod naporem przeszłości. Czas zboczył z torów, jego pętla zacisnęła się na naszych szyjach, zaczęły stawać zegary, zimą zakwitła magnolia, woda wrzała w temperaturze zero stopni. Antymateria okazała się silniejsza, ponieważ nie miała ciężaru.

Materia dąży do samookreślenia, do wytyczenia granic – krzesło, stół i okno mają swoją wagę, wysokość i szerokość. Mają zapach, kolor i gęstość. Antymateria nie musi się określać, ponieważ jest wszystkim naraz, wielkim skupiskiem cząsteczek, które w każdej chwili mogą stać się krzesłem, stołem i oknem. Materia potrzebuje zakorzenienia w czasie i przestrzeni, ponieważ porusza się po linii prostej. Antymateria nie potrzebuje czasu. Jej czas to skupisko różnych czasów, które mogą się przenikać. Dlatego ojciec Rzymianina, kiedy chciał, znajdował się w dowolnym punkcie przeszłości.

– Co robić? – pytaliśmy lekarza.
– Wyciszające kropelki ziołowe – mówił lekarz, wypisując receptę.

Ale kropelki też nie pomagały. Mijał kolejny miesiąc, a my nie spaliśmy.

Nagle ojciec zaczął do nas wracać. Przesypiał całe noce, budził się uśmiechnięty, sam przygotowywał śniadanie. Czas upiornych bankietów minął. Odetchnęliśmy z ulgą. To niestety nie był powrót. To był tylko unik antymaterii, która postanowiła wedrzeć się również w nasze życie dzienne. Ojciec Rzymianina przeniósł się teraz w inny czas – czas dzieciństwa. Porzucił nocne hulanki, które znaczyły jego młodość, i stał się dzieckiem, które potrzebuje dziennego światła.
– Tato, tato! – wołał. – Boli mnie kolanko, podmuchaj.
– Nie jestem twoim tatą, jestem twoim synem – tłumaczył Rzymianin. Ale ojciec nie słuchał.
– Posiedź ze mną, tatusiu… – prosił.

Wreszcie Rzymianin poddał się antymaterii: – Dobrze, synku, posiedzę.

Rzymianin stał się ojcem własnego ojca. Stał się jego opiekunem i stróżem. Stał się niepokonanym olbrzymem, który trzyma w rękach kamień filozoficzny, Wiedźminem, który zwycięża potwory, Władcą Pierścieni, który rządzi światem.
Ci, którzy odchodzą, pozbywają się ciężaru. Ten ciężar to ziemskie insygnia władzy. Insygnia nie zawsze są materialne. Dlatego ci, którzy odchodzą, oddalają się również od uczuć. Są jak niezadeptany śnieg, albo nowo narodzone dziecko. Ojciec Rzymianina też chciał odejść lekki. Przekazując insygnia swojemu następcy, pozbył się balastu. Zdjął z siebie ciężką zbroję i przekazał ją synowi. Teraz syn był niezwyciężony, a on śmiertelny, syn odziany, a on nagi, syn silny, a on słaby. Rzymianin zdobył moc, ale został bez Ojca.

Przekazanie insygniów to ceremonia cicha i melancholijna, przypominająca ostatni dzień lata. Jest ciepło, ale wszyscy wiedzą, że już ostatni raz. Szkliste powietrze zasnuwa mgła, ciężka jesienna powieka powoli opada, jak miękka teatralna zasłona.
Rzymianin ukląkł przed swoim ojcem jak wasal przed seniorem i pocałował go w rękę. Ojciec spojrzał na niego i uśmiechnął się.

– Jestem gotowy, tatusiu – powiedział.
– Będę za tobą tęsknić. – Rzymianin był bardzo wzruszony.
– Odprowadzisz mnie?
– Oczywiście.
I poszli.

Szli kilka tygodni i byli już bardzo zmęczeni. Rzymianin usuwał wszystkie przeszkody, które stawały im na drodze, i cały czas trzymał ojca za rękę. Powoli, cierpliwie i ostrożnie przeprowadzał go na drugą stronę. Ojciec z dnia na dzień pozbywał się ciężaru, kurczył się, zapadał i znikał. Przestał chodzić i mówić, jadł tylko zmielone papki i pił z butelki. Wracał do łona matki.
W dzień, w który zmarł, przyszedł do mnie anioł.

– Wyjdź – powiedział. – Muszą być sami.

I wyszłam. Na szczytach bielił się śnieg. Niebo było skupione i ciche. Pojechałam do miasteczka, usiadłam na ławce i czekałam, aż anioł pozwoli mi wrócić.

Rzymianin leżał obok swojego ojca i cały czas trzymał go za rękę.

– Odchodzę… – powiedział ojciec. – Teraz możesz mnie już puścić.

I Rzymianin puścił swojego starego ojca, swoje nowo narodzone dziecko, które wracało do prapoczątku, do świata bez ciężaru, do boskiej antymaterii, która wszystko może.

Picture: Eliza Piotrowska